Update

Niestety brak postępów w kwesti projektu W czyli Women. Mógłbym zrzucić winę np na zawirowania z pracą, depresję jaka mnie ostatnio dopadła itp. Trochę zataczam kręgi w swoim życiu odkąd skończyłem 20 lat (mam 37 teraz) i doszedłem do wniosku, że zawsze za bardzo koncentrowałem się na kwestii dochodów (z różnym skutkiem), odstawiając kwestie kobiet na później, jak już się ogarne itp. Ale nigdy się tak naprawde nie ogarnąłem. Tak więc po 17 latach dochodzę do wniosku, że czas odwrócić kolej rzeczy, i postawić to, co dla faceta powinno być najważniejsze, zaraz po zapewnieniu snu i jedzenia – kobiety. Tak więc przekierowuje teraz swoje siły na koncentrację nad sobą. Na pierwszy ogień muszę ogarnąć depresję, przez którą właśnie tracę pracę (na szczęście mam dodatkowe źródło dochodu). Leczę się już farmakologicznie, ale to za mało. Jak tylko ogarnę tą depresję, kolejnym etapem będą te ćwiczenia socjalne, o których pisałem już wcześniej. Dziś zrobiłem coś, co powinienem już zrobić dawno temu – pierwszy raz w życiu zapisałem się na siłownię. Aktywność fizyczna powinna mi pomóc w walce z depresją, a takżę – mam nadzieję – polepszyć pewność siebie i też ogarnąć sylwetkę.

Tak więc, poza siłownią – postanowiłem, że teraz stawiam siebie w samym centrum działań, starając się też nie zważać na opinię innych.

Nie jest lekko, ale trzeba walczyć.

Krok do tyłu

A nawet gorzej – depresja. Kilka tygodni temu zrobiłem jeden skromny approach do siedzącej dziewczyny, standardowe – you look really nice. Dziewczyna spojrzała na mnie dziwnie, wydusiła thank you i tyle. Niestety nie dla mnie – bo w moim głosie usłyszałem niemal rozpacz i ton był niemal płaczliwy. To był ostatni approach od tego czasu. Niestety kobiety to nie jedyny temat, który wymaga w moim życiu diametralnego naprostowania (inny to finanse, ale o tym może kiedy indziej). Tak więc jak by nie było, depresja, kiedyś już miałem tę wątpliwą przyjemność przechodzenia przez te chorobę, myślałem, że to już koniec i że się zaszczepiłem, ale niestety nieskutecznie. Mimo, że zdaję sobie sprawę z mechanizmu jej działania, myślę w miarę trzeźwo (nie piję btw), to jednak jestem bezbronny wobec spadającej na łeb na szyję chemii. Tym samym moje aktualne działania zaradcze oscylują wokół:

  1. Dbania o zróżnicowaną dietę, szczególnie białko, produkty pro-testosteronowe, oczywiście witaminy i składniki mikro i makro. Do tego składniki działające dobrze na chemię mózgu, czyli produkty zawierające tryptofan (prekursor serotoniny), oraz odstawiłem kawę (bo zaburza sen, wypłukuje pośrednio serotonine i tak naprawde daje energię i odbiera ją za kilka godzin z procentem). Kawę zamieniłem na kakao, które nie wiedziałem, ale ma super dużo różnych fajnych właściwości (zalicza się do tzw. superfood). Działa na mózg jak czekolada, ale nie niesie ze sobą tych kalorii no i przede wszystkim ponoć wpływa pozytywnie na poziom serotoniny. Ograniczam też dość mocno cukry (które mają naprawdę coraz gorszą – i zasłużoną – passę, nawet spotkałem się z określeniem sugar is new tobacco), nie ma w mojej diecie już żadnej koli czy innych sprite’ów, ba odstawiłem nawet soki owocowe (bardzo dużo płynnych cukrów, niby zdrowsze to, ale płyn nie działa dobrze na zaspokojenie pragnienia a cukier pozostaje we krwi). Co do cukru to jest jeszcze ten – chyba najgorszy element – że blokuje jakąś tam część w mózgu odpowiedzialna za poczucie głodu i że wcinamy więcej niż powinniśmy. Zauważyłem to, gdy jem produkty mocno białkowe bez węglodowanów – w moment jestem najedzony. Ach no cukier zamieniłem na miód, trochę z deszczu pod rynnę, ale przynajmniej dużo rzekomo dobrych jakiś tam elementarnych składników.
  2. Ćwiczenia – tutaj sprawa jest trochę zawiła, bo mam nadwagę (około 90kg przy 178 cm wzrostu), było i więcej, ale na szczęście już wybiegane. Aktualnie koncentruję się na ćwiczeniu góry: klatka, ramiona, plecy. Dodaje to pewności siebie jak już to jakoś zaczyna wyglądać (droga jeszcze długa), im więcej mięśni – tym więcej testosteronu, no i jest to też element wzbudzający atrakcyjność, może nie jest to do końca zgodne z teoria daygame, która stawia przede wszystkim na rozmowę, ale myślę, że dobra atletyczna sylwetka na pewno nie zaszkodzi. Bieganie chwilowo zaprzestałem, ale będę wznawiał, jednak już nie na zbyt duże dystanse (cardio około godziny i dłużej ponoć źle działa na testosteron), bardziej może jakieś sprinty. Na mojej tapecie jest też medytacja – narazie czytam, ale będę dorzucał do zestawu, bo ponoć ma dobre działanie antydepresyjne.

Trochę to wszystko chaotyczne, może też wyglądać na wymówkę przed robieniem kolejnych approachów, ale myślę, że jestem poniżej pewnego progu bólu, gdzie niestety rejections (czy nawet to jak mówię, jak wspomniane powyżej) jest dla mnie zbyt bolesne, i chcę doprowadzić do punktu, żeby był chociaż jakiś zalążek ‚fun’.

Tyle na dziś, udanych podrywów.