Update

Niestety brak postępów w kwesti projektu W czyli Women. Mógłbym zrzucić winę np na zawirowania z pracą, depresję jaka mnie ostatnio dopadła itp. Trochę zataczam kręgi w swoim życiu odkąd skończyłem 20 lat (mam 37 teraz) i doszedłem do wniosku, że zawsze za bardzo koncentrowałem się na kwestii dochodów (z różnym skutkiem), odstawiając kwestie kobiet na później, jak już się ogarne itp. Ale nigdy się tak naprawde nie ogarnąłem. Tak więc po 17 latach dochodzę do wniosku, że czas odwrócić kolej rzeczy, i postawić to, co dla faceta powinno być najważniejsze, zaraz po zapewnieniu snu i jedzenia – kobiety. Tak więc przekierowuje teraz swoje siły na koncentrację nad sobą. Na pierwszy ogień muszę ogarnąć depresję, przez którą właśnie tracę pracę (na szczęście mam dodatkowe źródło dochodu). Leczę się już farmakologicznie, ale to za mało. Jak tylko ogarnę tą depresję, kolejnym etapem będą te ćwiczenia socjalne, o których pisałem już wcześniej. Dziś zrobiłem coś, co powinienem już zrobić dawno temu – pierwszy raz w życiu zapisałem się na siłownię. Aktywność fizyczna powinna mi pomóc w walce z depresją, a takżę – mam nadzieję – polepszyć pewność siebie i też ogarnąć sylwetkę.

Tak więc, poza siłownią – postanowiłem, że teraz stawiam siebie w samym centrum działań, starając się też nie zważać na opinię innych.

Nie jest lekko, ale trzeba walczyć.

Day 1.

Grafik mam super busy ostatnio (tak, nie mam czasu na dziewczyny), ale postanowilem, ze bede robil takie male kroki. Byle regularnie. Dzis day 1 – krotki spacer troche po zakupy po okolicy. Zapytalem jedna kobiete gdzie jest najblizsza stacja metra. I od razu troche lepiej. Oczywiscie w miedzyczasie bylo kilkanascie setow, ale ok, nie dzis. Nie chce sie spalic, chce robic male kroczki, ale do przodu. Plan na jutro – podobnie. Zapytac 1-3 osoby o cos – godzine, metro, cos tam wymyslec. Budowac te mini pewnosc siebie. Co fajne – dzis bylem taki dosc spokojny, nigdzie sie nie spieszylem. Moze znaczenie ma fakt, ze chwile przed spacerem cwiczylem nogi – testosteron 🙂

Kilka mysli podczas spaceru:

  • kobieta musi chciec ciebie bardziej, niz ty ja
  • musisz byc w jakis sposob lepszy od niej, miec jakas przewage
  • sam fakt ze jestes facetem z definicji powoduje, ze to ona powinna byc niesmiala, nie ty
  • aby osiagac sukcesy w podrywie, trzeba przede wszystkim dobrze sie czuc z samym soba i byc zadowolonym z samego siebie, swojego zycia itp
  • najseksowniejsza czesc mezczyzny to mozg. mozna byc przydalem i odnosic sukcesy
  • zawsze zakladac ze jest sie atrakcyjnym dla niej, zakladac ze ona jest zainteresowana toba.
  • mozna byc klaunem i skakac jak pudelek – napewno wzbudzimy zainteresowanie, ale chyba nie podniesiemy swojej atrakcyjnosci. mysle ze bardzo seksy jest spokoj i opanowanie. takie stonowanie, mowienie powoli, nie spieszenie sie nigdzie.

Ok. Ciag dalszy nastapi.

Fake abundance

No niestety nie mogę mówić o realnym abundance (czyli obfitości), a więc muszę sobie wyobrazić, jak bym się zachowywał w sytuacji, gdybym np. regularnie spotykał się, i to nie z jedną a kilkoma kobietami. Wiele materiałów szkoleniowych dużo mówi o tym nastawieniu facetów, które ponoć działa na kobiety jak lep na muchy, które to właśnie nastawienie kobiety wykrywają swoim szóstym zmysłem.

Prosta sytuacja. Wczoraj w pracy zaproponowałem koleżance wyjście na piwo. W ogóle chwilę się lekko stresowałem, zanim to powiedziałem, ale wykorzystałem dobry vibe w którym aktualnie byłem i nie chciałem tego odkładać na kolejna godzinę, dzień itp – bo rozmyślanie o tym prozaicznym czynie wpędzałoby mnie w jeszcze większe zdenerwowanie.

To że poległem na chyba shit teście to inna bajka – koleżanka po chwili namysłu dodała, że powinniśmy też zaprosić kilka innych osób – albo faktycznie chciała z nimi też wyjść albo chciała zweryfikować o co mi chodzi. Stawiam na drugie. Z rozpędu przystałem na rozszerzenie tego spotkania. Shit test failed. (Ale ok, ze względu na różnicę w SMV między mną a nią, na moją korzyść, może sprawa jeszcze nie jest przegrana, zobaczymy – podczas reszty zmiany sprawiała bowiem wrażenie, że też nie zagrała najlepiej).

A teraz załóżmy że mam ten abundance, że don’t care i wogóle. Na takie zapytanie o rozszerzenie grupy spotkania po prostu odpowiadam, że bardziej mi chodziło o piwo Ja i Ty, patrząc głęboko w oczy z szelmowskim uśmiechem. I nie obchodzi mnie odpowiedź. Ja sprawiam sprawę jasno i albo koleżanka przystaje albo nie. Może nawet wprawię ją w zakłopotanie, też ze względu na różne SMV. I chyba nawet lepiej. Czym ryzykuję to stosunki w pracy, ale nie są one mocno związane. Ale na pewno nie przejmuje się sytuacją, w której odmawia – mam bowiem (real or fake) abundance, i jak nie ona, to inna. Jest to przeciwny biegun nastawienia wobec nastawienia lamentu, porażki, znowu kolejna odmówiła itp. To, że się nie przejmuje odpowiedzią, daje kobiecie (świadomie lub podświadomie) sygnał, że mogą być inne, że nie jestem zdesperowany itp itd. Lament, przyjęcie odrzucenia osobiście, ba – obrażenie się – daje przeciwny sygnał – że jest ona kolejną kobietą, która mnie olała i że nie jestem dla nich atrakcyjny.

Tak więc wniosek z tego taki – w takich sytuacjach i podobnych staram się wyobrazić – jak bym się zachowywał, jakbym miał ten abundance mindset, czyli regularnie spotykał się z kilkoma kobietami.

Czym jest daygame?

daygame

W sumie od tego posta powinien się zacząć ten blog.

Daygame, czyli gra dzienna (beznadziejne tłumaczenie, zostańmy przy daygame), jest to sztuka podrywu kobiet w dzień. Zamiast udawać się na dyskotekę czy do baru (nightgame), wybieramy opcję odważniejszą – i zaczepiamy w biały dzień na ulicy dziewczynę/kobietę.

Schemat całej gry jest następujący:
Zagadujemy dziewczynę, która nam się podoba, prowadzimy krótka rozmowę, wymieniamy się numerami telefonu, idziemy na randkę 1,2,3 i przenosimy znajomość w inny wymiar, czyli konsumujemy ją, zamieniamy w dłuższy związek, luźny związek, lub nigdy już się nie widzimy 🙂

Proste nie? Z pozoru tak, ale już pierwszy krok, czyli zagadanie dziewczyny na ulicy wymaga odwagi, ćwiczeń, pewności siebie. Ja jestem nadal na tym etapie, ale się nie poddaję.

Dlaczego wybrałem daygame?

  1. Bo nightgame dla mnie nie działa. Nie wychodzi mi podrywanie kobiet na imprezie i koniec.
  2. Bo inne znajomości z kobietami kończą się na friendzone, po prostu brak jest atrakcyjności.
  3. Bo daygame wymusza na mnie pracę nad sobą oraz wystawia na próbę moją pewność siebie i w końcu – co dla mnie jest niesamowicie ważne – powoduje, że muszę się coraz mniej przejmować jakimikolwiek odrzuceniami, czyli w końcu muszę być sobą i nie przejmować się tym co myślą o mnie inne kobiety.
  4. Bo jest tutaj pewien element romantyczności, którego brak na imprezie – tam każda kobieta wie, że będzie podrywana, przez co Twoje ruchy muszą być dużo bardziej mocne, pewne siebie i konkurencyjne wobec rzeczy podobnych Tobie mężczyzn. W daygame wystarczy jeden mały drobny komplement, który może stworzyć cały czar.
  5. Bo w daygame masz znacznie większy wybór kobiet, niektóre przecież wogóle nie chodzą na imprezy, nie ograniczasz się też do kręgu znajomych, w których raczej starasz się wypaść normalnie/dobrze/szablonowo (= nice guy!!!, przekleństwo dzisiejszych facetów). Ulica ma pamięć około 30 sek, nikt nie będzie Cie oceniał, śmiał się z Ciebie. Jesteś tylko Ty, Ona i Twoje podejście. Jeśli Cię odrzuci, wyśmieje, zwyzywa – jest milion innych.
  6. Moim zdaniem daygame to przyszłość. Przywraca bowiem do normalności miejsce mężczyzn we współczesnym świecie, uwalnia ich od jarzma nice guy’a i pozwala w pełni decydować o swoim życiu a nie być skazanym na łaskę i niełaskę kobiety, która się zdedycuje z Tobą na związek. To ty masz wybierać i masz mieć z czego wybierać i takie nastawienie właśnie jeszcze bardziej zwiększa Twoją atrakcyjność. Ot dlaczego daygame.

Approach Anxiety – metoda małych kroków

daygame approach anxiety

W ciągu ostatniego roku zrobiłem dosłownie kilkanaście podejść do dziewczyn, które trwały maksymalnie 30 sekund. Pierwsze podejście jest zawsze fatalne, jeśli jest drugie – to już lepsze. Ale ten próg jest dla mnie za wysoki. Szukam winga, może to ułatwi sprawę, a w międzyczasie planuję rozbić całościowy problem Approach Anxiety na mniejsze kroczki (baby steps) – może to coś pomoże. Trafiłem na tę stronę (english): Baby Steps for Approach Anxiety.

Facet bardzo mądrze opisuje problem i pułapkę w którą wpadałem i nadal bym wpadał – złe podejścia są tak złe, że jeszcze bardziej mnie dołują i powiększają Approach Anxiety -> jest to droga do nikąd, choćbym nie wiem jak się zapierał.

Słyszałem wcześniej o metodzie małych kroków, ale się wzbraniałem, co tam będę czas marnował na pytanie o godzinę czy kierunek. Błąd. Muszę wrócić do tego kroku. Te kroki muszę zrobić na tyle małe, aby były one dla mnie realne do wykonania, nie za łatwe – bo wtedy nie będzie postępów, ale też nie zatrudne – abym się nie poddawał i nie wychodził setny raz na miasto i mijał kilkadziesiąt kobiet i żadnej nie zagadywał.

Kolejna rzecz – autor podlinkowanego powyżej artykułu rozbija problem na 3 rodzaje anxiety:

  • social
  • (hot) woman
  • sexual

Myślę, że w moim przypadku mam doczynienia z (przede wszystkim) pierwszym i (trochę) trzecim, może odrobinę drugim. W związku z tym jestem teraz na etapie wyodrębnienia tych małych kroków i stawiania ich codzień. Na pewno będą to takie rzeczy jak:

  • zagadywanie sprzedawców w sklepie
  • wpatrywanie się i uśmiechanie do nieznajomych
  • może potem mówienie hi
  • wykorzystywanie każdej okazji w pracy do zagadywania ludzi, zamiast ich unikania, co czasem ma miejsce

Na ten moment muszę sobie zbudować bazę tych małych kroków i stosować je codzień – zaczynając od jutra. Walka trwa.

Moja siłownia

Ze względów zarówno finansowych jak i czasowych nie mogę sobie pozwolić na chodzenie na prawdziwą siłownię, pozostają więc rozwiązania domowe. Siłą rzeczy zainteresowałem się więc kalisteniką – czyli ćwiczeniami z wykorzystaniem własnego ciężaru ciała. Cała kalistenika opiera się na 4 podstawowych ćwiczeniach:

  • przysiady
  • pompki
  • podciągnięcia na drążku
  • tzw dipy, czyli „zanurzenia” na poręczach

Lubię rozwiązania proste i taka właśnie jest kalistenika. Na podstawie powyższych 4 ćwiczeń można robić wariacje (np. diamond push ups, czyli pompki ze złączymi rękoma w ten sposób, że koniuszki kciuków i palców wskazujących dotykają się), przysiady bułgarskie (a potem w planach mam pistol-squats) itp itd.

Kontynuując kwestię prostoty i efektywności – ćwiczę mniej więcej co 2-3 dni (daję czas na regenerację mięśni), mój aktualny zestaw ćwiczeń wygląda następująco:

20 przysiadów z obciążeniem (10kg na plecach)
15 pompek z obciążeniem (10kg na plecach)

przerwa 2 min

20 przysiadów bułgarskich (jedną nogę opieramy stopą tyłem np na łóżku, krześle), z obciążeniem 10 kg
15 pompek z obiążeniem – ramiona szeroko rozstawione

przerwa 2 min

20 wykroków do przodu (ang: lunge) z obciążeniem 10kg na plecach
15 pompek z obciążeniem – dłonie blisko siebie

i czasem 4 seryjka

Wiem, to jest niezbyt dużo, bardzo stopniowo dodaje nowe ciężary czy utrudniam ćwiczenia.

Co do odżywiania, jest to odrębny temat, napiszę jednak ważną chyba rzecz:
1. staram się mieć przed ćwiczeniami we krwi zarówno trochę węglowodanów jak i białka (jem jakieś 2h przed ćwiczeniami)

2. niezwłocznie po ćwiczeniach jem jakieś cukry PROSTE, Łatwo przyswajalne (np rodzynki, banany) – żeby mięśnie dostały paliwo, zamiast spalać się same

3. jakieś 30 min po ćwiczeniach jem już mieszankę węglowodanów złożonych oraz białka (mój ulubiony ostatnio talerz to smażone na oliwie ziemniaczki z jajkiem: proste, tanie, skuteczne).

 

Kim jest prawdziwy mężczyzna?

Swego czasu starałem się znaleźć odpowiedź na to pytanie, tak samo jak zresztą na pytanie jaki to jest atrakcyjny mężczyzna. Jedno z drugim jest trochę zbieżne tak naprawdę. Spotkałem się też trochę z opiniami płci przeciwnej.

Prawdziwy mężczyzna

Gdybym miał w skrócie spróbować opisać definicję tzw. prawdziwego mężczyzny, to myślę, że byłby to facet, który bez względu na złe okoliczności czy przeciwności losu – dąży do celu, i w miarę możliwości cios za ciosem pozbywa się po drodze różnych problemów. Ktoś o pełnej koncentracji i uwadze na problemie i pełnym poświęceniu danej kwestii. Niekoniecznie muszą to być kwestie życia i śmierci, typu udział w wojnie albo ratowanie tonącego. Może to być koncentracja na pokonywaniu bieżących problemów w pracy, zapewnienie bytu najbliższym, czy chociaż chęć pomocy koledze czy przyjacielowi. Z taką osobą wiążą się przede wszystkim takie cechy charakteru jak pewność siebie, uważność, umiejętność koncentracji i pełnego poświecenia danej kwestii. Taki mężczyzna nie marudzi, nie leni się, nie zwala winy na innych czy na okoliczności losu a po prostu bierze sprawę w swoje ręce i działa.

Prawdziwy mężczyzna nie leci pierwszy do bójki, a wręcz ich unika. Jeśli już nie ma wyjścia – da w pysk. Ale ogólnie staje z boku, ponad konfliktem, uznając taką formę udowadniania swojej męskości za prymitywną.

Atrakcyjny mężczyzna

To przede wszystkim facet bez kompleksów. Nie tylko z poczuciem humoru, ale potrafiący się z siebie śmiać. Mający świadomość swoich wad, ale nie robiący z tego albo dużej afery albo pracujący nad ich poprawą. Zaprzeczeniem takiego faceta jest ktoś kto panicznie broni wyimaginowanego obrazu o sobie, który reaguje agresywnie czy nerwowo na każdą krytykę, nawet tą niewielką. Atrakcyjny facet nie boi się takiej krytyki, zamienia ją w żart i śmieje razem z krytykującym.

Atrakcyjny mężczyzna zna jednak swoją wartość, nie jest fałszywie skromny, i za komplementy po prostu dziękuje. Nie wspominam tutaj już o takich podstawach jak podstawowa higiena, ale jak coś to tutaj instrukcja o co kaman.

https://www.youtube.com/watch?v=4eG9yWe1eoc

Atrakcyjny mężczyzna ma też zapewnę trochę cech tzw. prawdziwego mężczyzny opisanego powyżej. Acz oba te pojęcia tak nie do końca się pokrywają, tak przynajmniej mi się wydaje.

Coś pominąłem w tych opisach?

Krok do tyłu

A nawet gorzej – depresja. Kilka tygodni temu zrobiłem jeden skromny approach do siedzącej dziewczyny, standardowe – you look really nice. Dziewczyna spojrzała na mnie dziwnie, wydusiła thank you i tyle. Niestety nie dla mnie – bo w moim głosie usłyszałem niemal rozpacz i ton był niemal płaczliwy. To był ostatni approach od tego czasu. Niestety kobiety to nie jedyny temat, który wymaga w moim życiu diametralnego naprostowania (inny to finanse, ale o tym może kiedy indziej). Tak więc jak by nie było, depresja, kiedyś już miałem tę wątpliwą przyjemność przechodzenia przez te chorobę, myślałem, że to już koniec i że się zaszczepiłem, ale niestety nieskutecznie. Mimo, że zdaję sobie sprawę z mechanizmu jej działania, myślę w miarę trzeźwo (nie piję btw), to jednak jestem bezbronny wobec spadającej na łeb na szyję chemii. Tym samym moje aktualne działania zaradcze oscylują wokół:

  1. Dbania o zróżnicowaną dietę, szczególnie białko, produkty pro-testosteronowe, oczywiście witaminy i składniki mikro i makro. Do tego składniki działające dobrze na chemię mózgu, czyli produkty zawierające tryptofan (prekursor serotoniny), oraz odstawiłem kawę (bo zaburza sen, wypłukuje pośrednio serotonine i tak naprawde daje energię i odbiera ją za kilka godzin z procentem). Kawę zamieniłem na kakao, które nie wiedziałem, ale ma super dużo różnych fajnych właściwości (zalicza się do tzw. superfood). Działa na mózg jak czekolada, ale nie niesie ze sobą tych kalorii no i przede wszystkim ponoć wpływa pozytywnie na poziom serotoniny. Ograniczam też dość mocno cukry (które mają naprawdę coraz gorszą – i zasłużoną – passę, nawet spotkałem się z określeniem sugar is new tobacco), nie ma w mojej diecie już żadnej koli czy innych sprite’ów, ba odstawiłem nawet soki owocowe (bardzo dużo płynnych cukrów, niby zdrowsze to, ale płyn nie działa dobrze na zaspokojenie pragnienia a cukier pozostaje we krwi). Co do cukru to jest jeszcze ten – chyba najgorszy element – że blokuje jakąś tam część w mózgu odpowiedzialna za poczucie głodu i że wcinamy więcej niż powinniśmy. Zauważyłem to, gdy jem produkty mocno białkowe bez węglodowanów – w moment jestem najedzony. Ach no cukier zamieniłem na miód, trochę z deszczu pod rynnę, ale przynajmniej dużo rzekomo dobrych jakiś tam elementarnych składników.
  2. Ćwiczenia – tutaj sprawa jest trochę zawiła, bo mam nadwagę (około 90kg przy 178 cm wzrostu), było i więcej, ale na szczęście już wybiegane. Aktualnie koncentruję się na ćwiczeniu góry: klatka, ramiona, plecy. Dodaje to pewności siebie jak już to jakoś zaczyna wyglądać (droga jeszcze długa), im więcej mięśni – tym więcej testosteronu, no i jest to też element wzbudzający atrakcyjność, może nie jest to do końca zgodne z teoria daygame, która stawia przede wszystkim na rozmowę, ale myślę, że dobra atletyczna sylwetka na pewno nie zaszkodzi. Bieganie chwilowo zaprzestałem, ale będę wznawiał, jednak już nie na zbyt duże dystanse (cardio około godziny i dłużej ponoć źle działa na testosteron), bardziej może jakieś sprinty. Na mojej tapecie jest też medytacja – narazie czytam, ale będę dorzucał do zestawu, bo ponoć ma dobre działanie antydepresyjne.

Trochę to wszystko chaotyczne, może też wyglądać na wymówkę przed robieniem kolejnych approachów, ale myślę, że jestem poniżej pewnego progu bólu, gdzie niestety rejections (czy nawet to jak mówię, jak wspomniane powyżej) jest dla mnie zbyt bolesne, i chcę doprowadzić do punktu, żeby był chociaż jakiś zalążek ‚fun’.

Tyle na dziś, udanych podrywów.

Mindset, czyli nastawienie

Cały czas o tym zapominam, więc piszę, żeby sobie to wbić do głowy. Nastawienie do approachu:

  1. Have Fun! Przede wszystkim spędzać dobrze czas.
  2. Don’t be afraid of rejection. Cokolwiek by się nie stało, wziąć to na klatę. Ale nie bać się stanąć na wprost przed kobietą, spojrzeć jej w oczy, i powiedzieć taki czy taki komplement czy tam kontynuować rozmowę.
  3. Zamienić strach przed podejściem w ekscytację. Jak idę na imprezę, to się cieszę, że party, czy tam że może poznam jakąś kobietę. A przed wyjściem na ulicę? Strach.
  4. Jeśli tylko pojawi się jakiś strach czy wymówka – to jest oznaka, że tutaj jest granica „comfort zone” i trzeba je pokonywać. I dalej i dalej.
  5.  W momencie podejścia kobieta nie ocenia całego Twojego życia, a te kilkadziesiąt sekund interakcji i człowieka, który stoi przed nią. Co widzi? Na pewno energię, pewność siebie, kwestie związane z higieną. Sasha Daygame w jednym z wywiadów powiedział, że znacznie lepsze sukcesy w tej materii odniesie zapalony ogrodnik, który z entuzjazmem podchodzi do swojego zajęcia i życia, niż markotny czy też buńczuczny lekarz, z piękną karierą, ale mizernym życiem. Status społeczny liczy się wtedy, gdy kobieta szuka „providera”, a nie kochanka.
  6. Nie jest to łatwe, ale wyrobić sobie nawyk ignorowania atrakcyjności zewnętrznej kobiet i skoncentrować się na poznaniu jej, nie w sposób przytakujący na wszystko a przeciwnie – kwestionujący od czasu to czy tamto.

I takie pytanie na koniec: Przespałbyś się ze sobą? Jeśli nie – to dlaczego. I już wiadomo, co poprawić.

Mam plan

Jak to mawiał Egon Olsen. Wcześniej często myślałem o kwestii poderwania kobiety w kategoriach 0-1, w sensie próba i albo się uda, albo nie. Zawód, kolejna próba i – o zgrozo – cały czas focus tylko na jednej kobiecie – zamiast jednocześnie grać na kilku frontach.

Po przestudiowaniu teorii daygame, wygląda na to, że pomiędzy 0 (porażką) a 1 (łóżkiem) jest długa i kręta droga. W związku z tym, bazując na teorii daygame (och jak to naukowo brzmi) wyznaczam sobie plan – szczebelki drabiny. I jak to na szczebelkach drabiny – może da się zrobić krok na 2 szczeble, ale na 5 chyba nie.

  1. Pokonać strach przed podejściem do kobiet (approach anxiety).
  2. Podtrzymać rozmowę minimum kilka minut.
  3. Rozmowy zakańczać wymianą kontaktów.
  4. Zamieniać rozmowy w randki.
  5. Prowadzić „udane” randki.
  6. Randki zamieniać w spotkania u mnie (lub u niej?).
  7. Spotkania u mnie/ u niej zakańczać konsumpcją znajomości.

Droga wydaje się długa, kręta i wyboista – ale wiele przykładów PUAs udowadnia, że można przeinaczyć się z kogoś tragicznie kiepskiego wobec kobiet (czyli mnie) w faceta, który utrzymuje regularne relacje łóżkowe z więcej niż jedną kobietą. A wszystko to efekt nabycia zestawu umiejętności, ćwiczenia, uczenia się na błędach, dopasowywania do sytuacji, kalibracji podejść/rozmów/randek.

Rozmyślając ostatnio o moich niepowodzeniach w tej sferze, doszedłem do następujących wniosków, jeśli chodzi o sukces z kobietami.

Jednym z pierwszych, zerowych warunków jest „nie odstraszenie” kobiety. Nie udawało mi się to, bowiem:
– nie utrzymywałem kontaktu wzrokowego
– byłem zdecydowanie niepewny siebie, często niezdecydowany
– na imprezach itp miałem idiotyczne odzywki, w stylu czy tu już byłaś, jak się bawisz itp (acz ponoć ważniejsze jest jak się coś mówi, niż to co się mówi)

Jeśli nie odstraszę kobiety takimi właśnie zagrywkami, przychodzi czas na element drugi – wzbudzenie atrakcyjności. Jest to póki co materia dla mnie raczej niezbyt zbadana i doświadczona, ale z mojego zestawienia teorii wobec moich doświadczeń wynika, że jednym z pierwszych kroków w tej sferze będzie zlikwidowania w sobie tzw. Nice Guy, czyli faceta, który zgadza się na wszystko wobec kobiet, jest zawsze dostępny, ugodowy itp itd. Hasło do przeszukania w tym temacie: Breaking Rapport / how to stop being nice guy.

No i gdzieś po środku pomiędzy odstraszeniem a budowaniem atrakcyjności jest też brak okazywania intencji czy też ukrywanie ich. Skąd kobieta ma wiedzieć, że chodzi mi o to czy o tamto, skoro robię wszystko, by nie dać po sobie znać? Zresztą one i tak to wiedzą, co czyni całe moje zachowanie chyba najgorszym możliwym scenariuszem.